niedziela, 22 marca 2015

Od Emanuela


Tydzień.
Jeden. Długi. Żmudny. Tydzień.
Można umrzeć z tych nudów. A jak jest się jeszcze samym w pokoju... Macabre. A jak mnie w szkole unikają? Jeszcze lepiej. Tia... Nie ma to jak być, a raczej nie być tolerowanym przez rasistów. TO AZJATY TO SĄ JUŻ JAKIEŚ DEMONY, DZIECI CZARTÓW CZY JAK?! Pffy, nie da się wytrzymać z tymi ludźmi. Tak samo jak nie da się wytrzymać ze mną. Takie błędne koło.
Obudziłem się na kanapie. Tak, nie lubię spać w łóżku. Taki fetysz. Albo raczej źle wspomnienia z tym związane.
Ehm. Ale wracając. Na głowie jakimś cudem miałem mój szkicownik. Ach, znów zasnąłem przy mojej "pracy". A znając życie zadania domowego nie zrobiłem.
Spojrzałem na zegarek. Została godzina do pierwszych lekcji. Miałem czas na odrobienie tych lekcji. Modliłem się w duchu, żeby nie było żadnego wypracowania, inaczej nie dałbym rady. Tak, tak, mam sklerozę, zapomniałem, co wczoraj mówili profesorzy na wykładach. Ja po prostu wczoraj za dużo wypiłem. Jak zwykle zresztą (alkoholik).
Wstałem z tej nieszczęsnej kanapy, przy tym cudem nie upadając na twarz. Kac. CZEMU WŁAŚNIE W TAKIEJ CHWILI?! Chyba nie chciałem wiedzieć, czy z kimś rozmawiałem po pijaku. Może moim towarzystwem był misiek Edward. Miałem taką malutką nadzieję.
Poszedłem wsiąść zimny prysznic na rozbudzenie. Choć szczerze? Wolałbym kawę. Ale od jakiegoś czasu nie miałem jej na stanie.
Gdy byłem już czysty, pachnący i ubrany sprawdziłem dzisiejszy plan dnia. Pierwszy - wuef. Coś luźniejszego, ale i tak znając życie umrę na tym przez tą moją głowę. Może wcisne im kit, że nie mogę, bo mnie brzuszek boli? Nie... Dam radę. Czego ja nie dokonałem, czego ja nie zrobiłem.
Nie musiałem nic na szczęście odrabiać. Wziąłem torbę z lekcjami ( w tym szkicownik) , telefon, słuchawki oraz ubrania sportowe.
Wyszedłem z pokoju i skierowałem się w stronę szatni. Do początku zajęć został jeszcze kwadrans. Nie musiałem się aż tak bardzo spieszyć. Gdy szedłem tak sobie po korytarzu, omijałem obciskujące się parki. Mogli sobie znaleźć bardziej ustronne miejsce. Obrzydliwe.
Gdy byłem już przebrny, zadzwonił właśnie dzwonek, informujący, że właśnie zaczęła się pierwsza lekcja. Reszta chłopaków też już przyszła, nie mówiąc mi nawet "cześć". Jeśli to nie był rasizm, to ja jestem Bambi z Disneya.
Weszliśmy na sale. Przywitał nas wuefista, mówiąc, że dzisiaj będziemy grali w kosza. W parach. Gorzej już być nie mogło. Ale nauczyciel sam dobierał pary. Na całe szczęście, inaczej zostałbym jak zwykle Forever Alone.
Byłem w parze z jakimś nowym. Sam jestem nowy, no ale ten był tutaj dopiero od wczoraj. Musiał się dopiero zaklimatyzować. Między nami nastała niezręczna cisza. Nie lubiłem ciszy.
- No... Więc.... Umiesz grać w kosza? - Zapytałem wreszcie, rzucając mu na wysokość klatki piersiowej piłkę od koszykówki.

Logan?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz